„Tak napisano” #4 Co Francuzki noszą pod ubraniem?

Pewnego razu, moja przyjaciółka poznała swojego przyszłego, paryskiego męża w restauracji Pastis, w Nowym Jorku. Tydzień później podarował jej pierwszy prezent: zestaw bielizny Agent Provocateur, uwieńczony bukietem róż i butelką szampana. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem, a jednocześnie nieco onieśmieleni. Czy to były prawdziwe standardy, które Francuzi serwują swoim partnerkom? I czy to znaczy, że wszystkie Francuzki chodzą w pasującej, koronkowej bieliźnie, uzupełnionej dopasowanymi szlafroczkami i podwiązkami?

Lata później, gdy studiowałam w Paryżu, jednym z pierwszych projektów, nad którymi pracowałam, była analiza rynku francuskiej bielizny. Całymi dniami ślęczałam nad sztandarowymi markami jak Chantal Thomass i Simone Perele, i byłam coraz bardziej zaintrygowana sowitym wyborem asortymentu. Sam żargon był znacznie bardziej onieśmielający, niż wszystko, co dotychczas napotkałam. Określenia takie jak „balkonetka” i „szorty” sprawiały, że czułam się zawstydzona moimi niedopasowanymi majciochami. W Printemps, 100-letnim, słynnym sklepie modowym, pewna poważnie wyglądająca, starsza pani (która, z całą pewnością, mogła wykryć przeciętne galoty, niczym rentgen) przeprowadziła mnie przez marki takie jak La Perla i I.D. Sarreri – typowy Rolls Royce w dziedzinie bielizny. Te modele, jeszcze bardziej dekadenckie z bliska, prezentują się jak prawdziwe dzieła sztuki, stworzone z najlepszej francuskiej koronki. Miałam trudność ze skojarzeniem tych uwodzicielskich mieszanek z kobietami w tenisówkach, przechadzającymi się ulicami Paryża. Czy to nieco nie komplikuje i ingeruje w prosty i swobodny styl, z którego słyną Francuzi?

W kolejnych miesiącach, moja uboga kolekcja bielizny zaczęła rosnąć. Odnalazłam bliskość z wszechobecnymi butikami bielizny Princesse Tam Tam, jak również z kilkoma małymi paryskimi markami, jak Yasmine Eslami, reprezentowaną przez eteryczną Jeanne Damas. W jakiś sposób, była ona w stanie sprawić, by skąpa bielizna wyglądała nienagannie i perfekcyjnie – nigdy wulgarnie, lecz jedynie z drobną, seksualną aluzją. Im bardziej się temu przyglądałam, tym bardziej dostrzegałam taki sposób bycia u francuskich kobiet. Na pierwszy rzut oka są okryte, ale nagle zaskakują cię koronkowym biustonoszem wystającym spod koszuli, ramiączkiem od stanika przeplecionym z sukienkowym, albo czarnym biustonoszem nałożonym przepraszająco pod biały T-shirt. Często miałam wrażenie, że biustonosze mają na celu uzupełnienie całego stroju, zamiast być schowanymi pod spodem. Efekt nigdy nie jest bezgustowny czy prowokacyjny (co może po części być spowodowane niewielkimi rozmiarami miseczek, ale to i tak nie ma znaczenia).

Jest określenie na tego typu czary – la séduction voilée, skryte uwodzenie. Francuzka, zawsze enigmatyczna, uwodzi poprzez odkrywanie: robi aluzję do swoich sekretów, a resztę pozostawia wyobraźni. To, co odkrywasz znaczy tyle samo, co decydujesz się ukryć.

Więc co jest stosowane do, tak zwanego, uwodzenia? Odpowiedzi różnią się u każdej dziewczyny, z którą rozmawiałam. Niektóre uwielbiają ozdobną bieliznę Chantelle i Aubade, inne preferują wyrafinowaną prostotę Eres i Implicite. Większość kobiet kupuje zestawy bielizny, które zmuszają do zakładania ich w komplecie. „Nigdy nie wiesz, co może się stać”, powiedziała mi któraś z dziewcząt, jakby rzeczywiście pod koniec dnia spodziewały się wpaść w ramiona cudownego nieznajomego. (Trik z zestawami bielizny, którego się nauczyłam, to kupowanie biustonosza z trzema pasującymi parami majtek: stringami, bikini i szortami.) Ekspedientka, z którą rozmawiałam, powiedziała mi, że główna różnica między jej francuskimi i zagranicznymi klientami jest taka, że Francuzki wiedzą, czego chcą i trzymają się fasonów, które im pasują. Kupują na wyprzedażach i uaktualniają swoją bieliznę każdego sezonu, co jest dalekie od moich sporadycznych wizyt w sklepach, które zazwyczaj zbiegają się z pojawieniem się nowego, potencjalnego chłopaka. W rzeczywistości, poza okazjonalnymi podtekstami seksualnymi, nikt właściwie nie wspomina o mężczyznach. Wydaje się, że Francuzki kupują bieliznę głównie po to, by sprawić przyjemność sobie, a nie komukolwiek innemu.

Co myślą o tym mężczyźni? Oprócz bycia niezaznajomionymi w temacie, większość potwierdza, że francuskie kobiety rzeczywiście mają świetny gust w doborze bielizny. Jeden z mężów wspomniał markę Agent Provocateur. (Aha! Oni wszyscy są tacy sami.) Jego żona, typowy wolny duch i projektantka akcesoriów, która przyznaje się do okazjonalnego rezygnowania z biustonoszy, wyglądała na rozbawioną. Nosiła to? Czasami. Jasne jest to, że „czasami” to kwestia jej wyboru.

Źródło: https://www.vogue.com/article/secret-art-french-girl-lingerie, tłum. by Boudoir.pl

Back to site top